Przedsiębiorcy, którzy pierwszy raz sięgają po pożyczkę unijną, zatrzymują się na jednym zapisie we wniosku: oświadczeniu o pomocy de minimis. Brzmi jak dodatkowy obowiązek albo ukryty koszt. W praktyce sprowadza się do jednego limitu i jednego zaświadczenia, a firma nic z tego tytułu nie płaci ani nie oddaje.
Wielu przedsiębiorców rezygnuje z pożyczki unijnej, zanim o nią zapyta, bo zakłada, że firma musi mieć własną nieruchomość pod hipotekę. To najczęstsze nieporozumienie, z jakim się spotykam. Fundusze oczekują nieruchomości o wartości około 150% kwoty pożyczki, ale może ona należeć do właściciela prywatnie, do jego rodziców, małżonka albo innego członka rodziny.
Właściciele jednoosobowych firm często zakładają, że pożyczki unijne są dla spółek, a im zostaje leasing albo kredyt. Tymczasem jednoosobowa działalność to mikroprzedsiębiorstwo i kwalifikuje się do tych samych programów, na tych samych warunkach: około 2% rocznie, bez wkładu własnego, do 3 mln zł w większości województw. Forma prawna nie zmienia ani oprocentowania, ani kwoty, ani okresu spłaty. Zmienia tylko sposób, w jaki fundusz ocenia wniosek.
Przedsiębiorca, który planuje zakup maszyny albo budowę hali, ma dziś dwie drogi: kredyt inwestycyjny w banku albo pożyczkę unijną z programów regionalnych. Obie dają pieniądze na ten sam cel, ale różnią się ceną, warunkami i czasem oczekiwania. Zestawiłam je punkt po punkcie, żeby było widać, kiedy która ma sens.